Tynk gliniany – jak kłaść zasadnicze warstwy. Autor: Siedem wierzb 10 stycznia 2020 Wiedza w kostce. Glinę na ścianę może kłaść każdy, nawet dzieci. Zachęcamy do wspólnego budowania i pokazujemy, jak położyć dobry tynk gliniany z gliny kopanej. Czytaj więcej. Gliny oraz iły są produktem powstającym z wietrzenia skał, które zawierają zazwyczaj skalenie. Iły według granulometrycznej nomenklatury gruntów mają bardzo dużo drobnych cząstek, niż ma to miejsce w przypadku gliny. Proces związany z wietrzeniem, na wskutek którego powstają gliny i iły polega na rozkładzie chemicznym skalenia Informacje o DOBRY GLINA ZŁY GLINA W-wa Morion - 6307071914 w archiwum Allegro. Data zakończenia 2016-07-14 - cena 54,90 zł Na przykład, w sporze między dwoma przedsiębiorstwami, jedna strona może być postrzegana przez pracowników jako pracodawca dbający o dobro pracowników (dobry glina), podczas gdy druga strona może być postrzegana jako zły glina, który tylko myśli o zyskach . Dobry policjant tropiący bezwzględnego bandytę to schemat znany z tak wielu filmów, że kolejną tego typu fabułę zbylibyśmy zaledwie ziewnięciem. Jednak sytuacja stanie się ciekawsza, gdy rolę odwrócimy i dzielny funkcjonariusz nie będzie tak prawomyślny i oddany sprawie jak na ogół. A gdyby tak stróże prawa i gangsterzy byli po złej stronie? Taką wizje nieoczywistego podziału na dobro i zło prezentuje nam Denis Villeneuve w swoim nowym filmie – Sicario. Kate Macer (Emily Blunt) jest policjantką, która specjalizuje się w odbijaniu zakładników. Podczas jednej z akcji odkrywa, że w domu, na który jej odział przypuścił szturm znajdują się dziesiątki zwłok ukrytych w ścianie. Koniec akcji jest jeszcze bardziej makabryczny niż samo znalezisko – w czasie przeszukiwania terenu dochodzi do eksplozji, w wyniku której ginie dwóch funkcjonariuszy. Po tym wypadku Kate dostaje propozycję by wraz z CIA rozpracować meksykański kartel narkotykowy, który stoi za wydarzeniami na farmie. Rządna zemsty za śmierć kolegów, agentka FBI zgadza się na propozycję i zostaje członkiem zespołu, którym kieruje Matt Graver (Josh Brolin), jednak trudno mówić o współpracy między Graverem a Marcer. Agent CIA udziela bardzo skąpych informacji na temat misji, a nawet okłamuje policjantkę w sprawie miejsca w którym będą działać, to wszystko powoduje, że Kate ma wiele wątpliwości, które tylko zwiększają się w czasie akcji. Metody jakie stosuje Graver nie wiele różnią się od działań przestępców i nie ma tu mowy o stosowaniu się do jakichkolwiek reguł czy respektowaniu prawa. Film, który musisz obejrzeć! Z przyjemnością zapraszamy Państwa do obejrzenia filmu o koszulach Miler Luxury Shirts, który powstał z wykorzystaniem najnowszych technologi pozwalających na rejestrowanie 500 klatek na sekundę. Film został nakręcony przez operatora jednej z największych stacji telewizyjnych w Polsce, a głos podłożył jeden z najlepszych polskich lektorów. Zamiast pustych słów ukazaliśmy proces produkcji naszych koszul od kuchni. Każdy może teraz zajrzeć do profesjonalnej szwalni i zobaczyć jak powstają najwyższej klasy koszule. Film od samego początku trzyma w napięciu. Pierwsze sceny, gdzie FBI szturmuje farmę są świetną ilustracją słów Hitchcock’a „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”. Mocne akcenty na początku są świetną bazą do budowania klimatu w dalszej części obrazu, a ten jest jednym z najważniejszych elementów Sicario – ciężki i mroczny sprawia, że ciągle czujemy się osaczeni i niepewni. Nastrój filmu sprawia, że niebezpieczne wydają się zarówno skąpane w słońcu ulice Juarez jak i ciemny tunel wykorzystywany do przemytu narkotyków. Kolejną zaletą filmu Denisa Villeneuve jest świetnie napisana fabuła – ciekawi jak rozwinie się historia, gładko wchodzimy w narrację, która na samym końcu potrafi zaskoczyć. Niestety nie obyło się bez pewnych uproszczeń i wątków, które wydają się mocno nieprawdopodobne. Jednak z drugiej strony, po seansie raczej zastanawiamy się nad kwestiami etycznymi dotyczącymi stróżów prawa niż nad wiarygodnością scenariusza. W Sicario mamy do czynienia z mocno zarysowanymi bohaterami, szczególnie tymi drugoplanowymi. Matt Grever to nieco ekscentryczny, ale twardy agent CIA, który potrafi zrobić bardzo wiele po to, by wykonać zadanie. Josh Brolin w tej roli wypada bardzo dobrze – jego postać z jednej strony budzi sympatię, ale metody jakich używa są trudne do zaakceptowania. Jednak najwięcej kontrowersji budzi Alejandro – najemnik pozbawiony skrupułów, dla którego liczy się tylko cel i dąży do niego po trupach. Historia tej postaci wydaje się lekko przesadzona, a tajemnica jaką skrywa dosyć sztampowa, ale aktorska kreacja Benicio Del Toro jest tak dobra, że wady są prawie niezauważalne. Przeciwwagą dla mocnych tych charakterów jest główna bohaterka. Wcielająca się w role Kate Emily Blunt jest trochę nijaka – na początku wydaje się kobietą z mocną osobowością, ale otoczona odziałem uzbrojonych facetów traci rezon. Nie znaczy, to że Blunt zagrała źle, przecież dzięki takiej kreacji inne postacie nabierają kontrastu, a widz na całą sytuacje może spojrzeć „trzeźwym okiem”. Czy na Sicario warto się wybrać? Zdecydowanie tak! Nie jest to typowy film akcji, ale brak efektów specjalnych czy pościgów rekompensuje fabuła i klimat. Oprócz ciekawie opowiedzianej historii i solidnej obsady, mamy tu też głęboka refleksję na temat moralności i etyki stróżów prawa. Po seansie na pewno będziemy się zastanawiać, czy w imię dobra ogółu można zabijać i łamać prawo? Autor: Mateusz Stachura Inne wpisy z tej kategorii Najsłynniejsze obrazy, których nigdy nie odnaleziono Nie wszyscy lubują się w dziełach sztuki jednak historia pokazuje, że każdy zwraca na nie uwagę kiedy znikają w wyniku katastrof, wojen czy kradzieży. Zdarza się też, że przyczyną dewastacji stają się akty desperacji samych twórców, nie do końca zadowolonych z efektów swojej pracy. Jednak najczęstszą przyczyną zaginięć obrazów są ich rabunki, które stanowią jeden z największych przestępczych biznesów, obok handlu bronią i narkotykami. Do tej pory największe emocje w historii wzbudziła kradzież Mona Lisy z Luwru, której dokonano 21 sierpnia 1911 roku. Po ponad dwóch latach obraz się odnalazł, a złodziejem okazał się pracownik muzealny, którego przyłapano na próbie sprzedaży dzieła do galerii Uffizi, we Florencji. Przyczyną kradzieży była niechęć szklarza do miejsca pobytu Giocandy, jego zdaniem obraz powinien znajdować się w ojczyźnie Leonarda da Vinci – Włoszech. Niestety nie każde dzieło sztuki ma tyle szczęścia co Mona Lisa. Poniżej przedstawiamy listę najbardziej poszukiwanych obrazów na świecie: Głowa arlekina – Pablo Picasso Obraz Głowa arlekina, autorstwa Pabla Picassa, z 1971 roku, został skradziony podczas włamania do muzeum Kunsthal w Rotterdamie 16 października 2012 roku. Galeria nie ma własnej kolekcji obrazów, dlatego użycza swojej przestrzeni innym wystawcom. W tamtym czasie eksponowano zbiory sztuki awangardowej, należące do Fundacji Triton. Na wystawie pokazywano ponad 150 obrazów, wśród autorów pojawiło wiele znanych nazwisk: między innymi Salvador Dali, Andy Warhol, Paul Cezanne, Pablo Picasso, oraz Claude Monet. Kradzież trwała zaledwie 90 sekund, co wystarczyło żeby z muzeum zniknęło aż 7 dzieł. Prawdopodobnie złodzieje znali kody zabezpieczające do drzwi i dlatego nie musieli w ogóle łamać systemów zabezpieczeń, dzięki czemu zyskali na czasie. Pomimo aresztowania trzech podejrzanych rumuńskiego pochodzenia, do dziś nie wiadomo co tak naprawdę stało się z płótnami wybitnych artystów. Najbardziej rozpowszechnioną (oby nieprawdziwą) wersją jest ta przedstawiana przez matkę jednego z przestępców, która twierdzi, że spaliła wszystkie te obrazy, żeby zatrzeć ślady i tym samym chronić swojego syna. Portret młodzieńca – Rafael Santi Portret młodzieńca to dzieło z XVI w. prawdopodobnie autorstwa Rafaela Santiego. Obraz ten rodzina Czartoryskich zakupiła na początku XIX wieku, a można go było podziwiać w Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Niestety jest to jedno z najcenniejszych dzieł sztuki jakie Polska utraciła podczas II wojny światowej. Już w 1939 roku obraz skonfiskowało gestapo, które przeniosło go do rezydencji Hitlera w Berlinie. Później płótno trafiło na Wawel – do kwatery Hansa Franka. Niestety po wojnie nie udało się odnaleźć zaginionego obrazu. Od czasu do czasu do mediów trafiają informacje o rzekomym, cudownym odnalezieniu Portretu młodzieńca, niestety dotychczas żadna z nich nie została potwierdzona. Losy zaginionego dzieła śledzi także Robert Kudelski w swojej książce Zaginiony Rafael. Kongregacja opuszczająca kościół reformowany w Nuenen oraz Plaża w Scheveningen – Vincent van Gogh W nocy z 7 na 8 grudnia 2002 roku, dwóch mężczyzn włamało się do muzeum Van Gogha w Amsterdamie. Do budynki dostali się przez dach. Dokonali rabunku dwóch dzieł holenderskiego artysty: Wyjście kongregacji z kościoła w Nuenen oraz Plaża w Scheveningen. Jednego ze złodziei schwytano po roku – skazano go na 4,5 roku więzienia. Jego wspólnik ukrywał się jeszcze trzy lata, jednak i on wpadł w ręce policji i został skazany na 4 lata. Oprócz kary pozbawienia wolności rabusie musieli zapłacić 350 000 euro odszkodowania. Pomimo złapania sprawców, obraz się nie odnalazł. Co ciekawe zgodnie z holenderskim prawem, po upływie 20 lub 30 lat (w zależności od okoliczności) roszczenia poszkodowanych przedawnią się, a złodzieje będą mogli stać się pełnoprawnymi właścicielami obrazów. Wartość obu dzieł oszacowano na 300 milionów dolarów. Zarówno Plaża w Scheveningen, jak i Kongregacja opuszczająca kościół reformowany w Nuenen posiadają znaki szczególne, dzięki którym łatwo odróżnić je od falsyfikatów. W Plaży w Scheveningen w warstwach obrazu odnaleźć możemy kilka ziaren piasku, natomiast zdjęcia rentgenowskie Kongregacji opuszczającej kościół reformowany w Neuen wykazały, że po skończeniu obrazu mistrz domalował kilkoro członków kościoła oraz liście drzew. Koncert – Vermeer W 1990 roku z Isabella Stewart Gardner Museum zniknął Koncert Vermeera. Obraz ten jest uważany za najcenniejszy jaki kiedykolwiek skradziono. Włamania dokonało dwóch mężczyzn przebranych za policjantów, którzy bez problemów dostali się do muzeum i dokonali brawurowego rabunku aż 13 dzieł sztuki. Wychodząc z muzeum zabrali ze sobą taśmy z nagraniem całego zajścia, dzięki czemu ślad po nich zaginął. Wśród ich łupów znalazło się 6 obrazów, 5 szkiców oraz brązowa waza i orzeł. Wartość skradzionych dzieł sztuki ocenia się na ponad 500 mln dolarów. Sam obraz Veermera szacowany jest na ponad 200 mln dolarów. Wartość obrazu jest tak duża, ponieważ należy do nielicznych znanych nam dzieł tego artysty. Koncert to niewielki obraz – jego format to tylko 72,5×64,7 cm, nie jest sygnowany i jest jednym z 34 znanych nam dzieł Veermera. Muzeum oferuje 5 milionów dolarów oraz nietykalność prokuratury za pomoc w odzyskaniu skradzionych dzieł sztuki. Pokłon pasterzy ze świętym Wawrzyńcem i Franciszkiem – Caravaggio Obraz namalowany w 1609 roku przez Caravaggia, znany jest pod dwiema nazwami: Szopka ze św. Franciszkiem i św. Wawrzyńcem oraz Pokłon pasterzy ze świętym Wawrzyńcem i Franciszkiem. Trzysta sześćdziesiąt lat po swoim powstaniu zniknął z oratorium San Lorenzo w Palermo, a ślad po nim zaginął. Nie był to jedyny cel złodziei, oratorium okradziono również z wielu innych dzieł sztuki. O rabunek podejrzewano sycylijską mafię. Dopiero w 2009 roku, Gaspare Spatutstsa, były zabójca i członek mafii podczas przesłuchania opowiedział własną wersję na temat tego co stało się z tym drogocennym płótnem. Jego zdaniem obraz wiele czasu przeleżał w rodzinnej szopie na farmie rodziny Pullara, gdzie narażony był na towarzystwo świń i szczurów. Zwierzęta zrobiły sobie z niego ”ekskluzywny posiłek” (wartość obrazu szacowana jest na 20 milionów dolarów). Według Gaspara zniszczone płótno zostało spalone. Nie ma jednak żadnych dowodów na to, że wersja mafiosa jest prawdziwa. Autor: Patrycja Kasterska Inne wpisy z tej kategorii Ikona elegancji Steve McQueen Steve McQueen to amerykański aktor lat 60, znany ze swojego wyjątkowego talentu i niezwykłego podejścia do życia. Zawsze dobrze ubrany, przez fanów nazywany The King of Cool, stał się jedną z największych ikon kina. Aktor swoje dzieciństwo spędził w Beech Grove, w stanie Indiana w USA, gdzie w 1930 roku przyszedł na świat. Wkrótce potem, ojciec aktora, który był zawodowym kaskaderem, opuścił rodzinę. Matka Steve’a była uzależniona od alkoholu i nie radziła sobie z wychowywaniem dziecka, dlatego oddała je pod opiekę dalszej rodzinie. McQueen zamieszkał na dużym ranczu swojego wujka. To własnie on wychowywał go, aż do momentu, gdy w wieku 12 lat, z powrotem wrócił do matki i zamieszkał wraz z nią i ojczymem w Los Angeles. Swojego wujka traktował jak ojca, dlatego bardzo przeżył przeprowadzkę i rozstanie z nim, dodatkowo nie dogadywał się z ojczymem, który go bił. W wieku 14 lat, buntując się, przyłączył się do gangu ulicznego, zajmującego się drobnymi kradzieżami. Gdy nieco podrósł, poszedł do wojska, gdzie spędził kilka kolejnych lat. Po powrocie do domu zaczął studiować aktorstwo w renomowanej szkole Actors’ Studio Lee Strasberga. Film, który musisz obejrzeć! Z przyjemnością zapraszamy Państwa do obejrzenia filmu o koszulach Miler Luxury Shirts, który powstał z wykorzystaniem najnowszych technologi pozwalających na rejestrowanie 500 klatek na sekundę. Film został nakręcony przez operatora jednej z największych stacji telewizyjnych w Polsce, a głos podłożył jeden z najlepszych polskich lektorów. Zamiast pustych słów ukazaliśmy proces produkcji naszych koszul od kuchni. Każdy może teraz zajrzeć do profesjonalnej szwalni i zobaczyć jak powstają najwyższej klasy koszule. McQueen zadebiutował na Broadwayu w 1955 w A Hatful of Rain, jego kreacja została doceniona, a aktor zaczął zdobywać pierwsze filmowe angaże. Jego kinowy debiut miał miejsce w 1956 roku, w filmie Roberta Wise’a o tematyce sportowej Między linami ringu. W przeciągu całej swojej kariery zagrał w prawie 40 filmach, był nominowany do Oscara i cztery razy nominowany do Złotych Globów. Szczyt jego kariery przypadał na lata 60 i 70, kiedy był jednym z najbardziej rozchwytywanych i najlepiej opłacanych aktorów wszech czasów. Powszechnie znana była miłość McQueena do szybkich pojazdów. Był kaskaderem, kierowcą rajdowym, a podczas studiów brał udział w wielu wyścigach motocyklowych. Jego największa pasją były samochody, posiadał m. in. Ferrari 250 Lusso Berlinetta, Jaguara D-Type XKSS, Porsche 356. Pasjonował się także samolotami, posiadał licencję i swoją własną maszynę, interesowały go także motocykle off-roadowe, to własnie na nich brał udział w wyścigach Baja 1000 oraz Mint 400. Warto dodać, że McQueen był również projektantem foteli samochodowych. Film Le Mans z 1971 roku okazał się wielkim sukcesem, był również jednym z najważniejszych obrazów w karierze McQueena, dlatego wszytko co odegrało jakąkolwiek rolę w filmie, było rozchwytywane i sprzedawane na aukcjach za setki tysięcy dolarów. Tak samo stało się z kombinezonem, który miał na sobie aktor, podczas kręcenia obrazu. Początkowo kombinezon trafił w ręce 12 latka, który wygrał go w konkursie zorganizowanym przez gazetę The Observer. Przez wiele lat Morry Barmaka – kolekcjoner -starał się zdobyć ów kombinezon, chcąc by wypromował on jego galerię z pamiątkami związanymi ze sportem motorowym. Gdy mu się udało, próbował sprzedać strój, jednak wielu kolekcjonerów gadżetów sportowych mu odmówiło. Ostatecznie kombinezon sprzedał za 155 tysięcy złotych, co wydawała mu się ogromną okazją. Kilka tygodni później strój wystawiono na aukcji z przedmiotami związanymi z kinem, a nie sportem, na której kombinezon sprzedany został za 800 tys. dolarów. O ile McQueen nie okazał się aż tak znany w świecie sportu, o tyle w świecie kina był ikoną, której popularność nawet po śmierci nie malała. McQueen był trzykrotnie żonaty. Jego pierwsze małżeństwo z Neile Adam nie było udane i po kilku latach rozpadło się. Ze związku z Adams, McQueen miał dwójkę dzieci, syna Chada i córkę Terry. Kilka lat później Steve poznał Ali MacGraw, z którą również postanowił wziąć ślub, jednak i ten związek nie okazał się szczęśliwy. Dopiero ostatnie małżeństwo z modelką Barbarą Minty, okazało się udane. McQueen wypatrzył jej zdjęcia w magazynie i postanowił zaprosić ją na spotkanie pod pretekstem omówienia udziału Minty w jednym z jego filmów. Jak wspomina sama Barbara, podczas ich pierwszego spotkania praktycznie w ogóle się nie odzywała, a on mówił niemalże cały czas, dosłownie o wszystkim. Od razu jednak wiedziała, że kiedyś za niego wyjdzie za mąż. Para bardzo szybko zamieszkała razem. Ślub odbył się już pod koniec życia McQueena, Barbara była przy nim i wspierało go do samego końca. McQueen przez ponad 30 lat palił papierosy, dlatego gdy w 1979 roku w płucach aktora wykryto nowotwór, wydawało się, że jest to wina wypalanego przez Steve w dużych ilościach tytoniu. Jednak podczas dalszych badań, okazało się, że nowotwór wywołał azbest, obecny w kombinezonach kierowców rajdowych (miał przeciwdziałać ewentualnemu zapaleniu się stroju podczas wypadku). Diagnoza lekarzy była jednoznaczna, choroba była nieuleczalna, dlatego aktor próbował różnych metod alternatywnych, które najprawdopodobniej jeszcze bardziej wycieńczyły, już i tak osłabionego mężczyznę. Steve McQueen zmarł 7 listopada 1980 roku w wieku 50 lat, na zawał serca, którego doznał po operacji, podczas której lekarze usunęli przerzuty raka. Steve McQueen był nie tylko utalentowanym aktorem, pilotem, kierowcą rajdowym, czy wyścigowym, był także ikoną stylu i mody przełomu lat 60 i 70. Ze zwierzeń ostatniej żony aktora, Barbary, dowiadujemy się między innymi, że w swojej garderobie posiadał głównie ubrania z filmów, w których grał. Gdy kończyły się zdjęcia, McQueen brał stroje stroje ze sobą i wracał z nimi do domu. Jeśli koniecznie musiał kupić coś nowego, kupował w supermarkecie. W domu ubierał się swobodnie, nosił dżinsy, flanelowe koszule w kratę, trapery i bejsbolówkę. Podczas bardziej oficjalnych wyjść ubierał się bardziej elegancko, w trzyczęściowy garnitur, do którego zakładał zegarek kieszonkowy i przeciwsłoneczne okulary Persol. Ikoną okazała się także motocyklowa kurtka Barbour, którą nosił nie tylko w filmach, ale także w prawdziwym życiu. Wszytko co na siebie założył stawało się modne i szybko znikało ze sklepów, np. golf, który dzięki jego kreacji w Bullitt, ponownie powrócił do łask. Jego styl można opisać w kilku słowach: klasyczna i ponadczasowa elegancja. Inne wpisy z tej kategorii Nominacja Rexa Tillersona, prezesa naftowo-gazowego giganta ExxonMobil, na stanowisko sekretarza stanu, czyli amerykańskiego ministra spraw zagranicznych, wzbudziła kontrowersje nawet w obozie Donalda Trumpa. Paradoksalnie nikt nie odmawia temu do tej pory niezwiązanemu z dyplomacją menedżerowi doświadczenia – jako szef międzynarodowej megakorporacji miał niejednokrotnie de facto większy wpływ na światową politykę gospodarczą niż większość zawodowych dyplomatów i rutynowo negocjował z głowami państw na wszystkich chyba kontynentach wielomiliardowe umowy. Krytycy z lewa i prawa (nawet serwis któremu do niedawna szefował główny doradca Trumpa Stephen Bannon) zarzucają mu jednak zbyt przyjazne nastawienie do Rosji. Exemplum – w 2013 r. odebrał z rąk Putina Order Przyjaźni i krytykował sankcje po aneksji Krymu. Jeżeli jednak potwierdzą się pogłoski, że jego zastępcą ma zostać John Bolton, były ambasador USA przy ONZ-ecie i najwyrazistszy chyba jastrząb amerykańskiej polityki zagranicznej, będzie to oznaczało, że prezydent elekt wybrał wariant „dobry glina – zły glina” w relacjach z Rosją. Źródło: Różne wizje polityki zagranicznej rządu i prezydenta nie zawsze szkodzą Polsce. Zbyt rzadko jednak Donald Tusk i Lech Kaczyński potrafią to wykorzystać. Kiedy w marcu 2007 r. prezydent Lech Kaczyński na szczycie UE zgadzał się na radykalne ograniczenie emisji dwutlenku węgla, niewielu zdawało sobie sprawę, że grozi to drastycznymi podwyżkami cen prądu w Polsce. Nawet ojciec tamtej porażki woli dziś o tym nie pamiętać. Ramię w ramię z premierem zasiadł w czwartek do stołu z liderami UE, aby wynegocjować dodatkowe pozwolenia na emisję dwutlenku węgla dla naszych elektrowni. Udało się - dostaniemy zgody warte 60 mld zł. W praktyce oznacza to, że tyle pieniędzy pozostanie w kasie państwa, a elektrownie jeszcze przez wiele lat nie będą zamykane ze względu na dużą emisję CO2. Brukselski kompromis to przede wszystkim zasługa rządu. Choć nie bez znaczenia jest to, że polska delegacja z premierem i prezydentem w składzie mówiła za granicą jednym głosem. To nieczęsta sytuacja w minionym roku. W latach 1989-2005 panowała zgoda w sprawie zasadniczych celów polityki zagranicznej, nawet jeśli w pewnych okresach prezydent i premier wywodzili się z innych obozów politycznych. Wszystkie ośrodki władzy akceptowały takie cele, jak członkostwo w NATO i Unii Europejskiej. Źródło: Newsweek_redakcja_zrodlo „Piłsudski” i „Legiony” są trochę jak dobry i zły glina. Tyle że taktyka dobrego i złego gliny jest skuteczna wtedy, kiedy najpierw wchodzi zły i grozi, krzyczy, poniża, a potem dobry, który łagodzi i koncyliuje, w rezultacie zaś obaj dostają, czego chcą. W tym przypadku było na odwrót, „Piłsudski” wszedł do kin na tydzień przed „Legionami”, co odrobinę komplikuje moją koncepcję recenzji, należy jednak pamiętać, że w tej parze żaden z policjantów nie gra przecież fair. Na początku wyznam rzecz szokującą: „Piłsudski” w reżyserii Michała Rosy jest może najlepszym polskim filmem historycznym ostatnich kilkunastu lat (aha, jest jeszcze „Wołyń”), a widziałam tychże sporo, gdyż taki mam właśnie syndrom sztokholmski. Tymczasem Rosa zaskakuje (to że „zaskakuje”, mówi też coś o tym, z jakimi oczekiwaniami idzie się na film o Polskiej Historii) solidnym rzemiosłem: ładne kadry, ciekawe wnętrza, nieprzefajnowane kostiumy i albo świetnie (Borys Szyc, Tomasz Schuchardt), albo więcej niż przyzwoicie zagrane role (cała reszta). Scenariusz trzyma się kupy, nie gubi wątku i nie zawiesza się co chwila w meandrach onirycznych dygresji. Najzwyczajniej w świecie dobrze się to ogląda, historia wciąga, tym bardziej że wiemy, jak się skończy. Co wyjątkowe w nowym polskim kinie historycznym (które stanowi przecież coś w rodzaju s z k o ł y, ale to temat na osobny tekst) – właściwie nie ma w tym filmie żenujących dialogów (a te, które takie są, przypadkiem zawierają słowo „Polska”), ogląda się go spokojnie, bez przyczajonego albo i całkiem jawnego bólu zębów, bez psychofizycznego dyskomfortu określanego przez miejski słownik potocznej (już!) polszczyzny mianem krindżu. Można się poczuć jak dorosła osoba, której inna dorosła osoba pokazuje kawałek naszej historii, jak w n o r m a l n y m kraju. O przebiegły, dobry glino! Piłsudski jest tu człowiekiem z krwi, kości, brody, wąsów, ciała, mięśni. Człowiekiem ze zmęczenia, zniechęcenia, dezorientacji. Balansującym między prostolinijnością i prostactwem. Borysowi Szycowi udało się uchwycić charyzmę Ziuka, Dziadka, Komendanta: zarazem szorstkość i ciepło, urok i toporność, coś, co musiało działać tam i wtedy, co działa z kart opowieści historycznych, co uwodzi w postaci Piłsudskiego do dzisiaj. Ciało Piłsudskiego, osoba aktora – są tu ciekawsze niż fabuła, ważniejsze niż słowa, bardziej zajmujące niż polityka. To zarazem film jakoś dziwnie kameralny – parę osób, duży czas. Mimo rozmachu przestrzeni, którą co chwila obejmują szerokie kadry, jest to w zasadzie historia koleżeńskich rozmów, zwątpień i utarczek. Udało się dobrze napisać i zagrać dialogi – powtarzam to raz jeszcze, bo naprawdę stanowią największą bolączkę nowego polskiego kina patrio… to znaczy historycznego. Bohaterowie mówią w sposób zrozumiały, a jednocześnie nierażący anachronizmem ani zatrważającym ubóstwem leksykalnym. W dodatku ich język brzmi ciekawie – poprzez lekki, nienachalny, niekarykaturalny wileński zaśpiew i nietłumaczące się nikomu z niczego rusycyzmy. Piłsudski w rozmowach z Aleksandrem Prystorem przechodzi płynnie na rosyjski i nikogo to nie dziwi – ten zabieg dobrze pokazuje, że polskość, o którą z takim uporem szło, była, bo musiała być, konstruktem, projektem do wymyślenia, nie tylko w sensie politycznym i tożsamościowym, ale także tym najbardziej podstawowym, bo językowym właśnie! Do tego wytrawnie potraktowane wątki osobiste: przytłumiona na drugim planie, a wstrząsająca ogromem cierpienia tragedia Walerego Sławka i Wandy Juszkiewiczówny (pasierbicy Piłsudskiego), Ziuk jako namiętny kochanek, atrakcyjny mężczyzna i niewierny mąż (cóż, życie), kobiety, które są na marginesie, bo tam je zepchnęło ciśnienie historii, a nie brak wyobraźni scenarzysty. Gdyby nie ostatni kwadrans – zbędny, dłużący się, wtórny – można by z czystym sumieniem wystawić osiem gwiazdek na Filmwebie i wrócić do lepszych zajęć. Tyle że ja nie wierzę w system gwiazdkowy. No i teraz klops, bo oczywiście dobrze by było, gdyby „Legiony” okazały się rozkosznie złym gniotem, jak obiecywał ich trailer, wybuchowym i fantazyjnym prequelem do „1920 Bitwy Warszawskiej” (rany, co za karkołomny tytuł, to się naprawdę tak nazywało?) Jerzego Hoffmana, która pozostaje zachwycająco najwspanialsza w kategorii „patriotyczne filmy najgorsze”; sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. À propos syndromu sztokholmskiego, to „Legiony” trwają tak długo, że oczywiście zdołałam go w sobie w kierunku tego filmu rozwinąć. Była nas zaledwie garstka na porannym pokazie dla seniorów, po trzech godzinach ledwo dobrnęliśmy do Kostiuchnówki (lipiec 1916), siedzenia cierpły, kończyny rozpoczynały niesubordynowane peregrynacje w stronę sąsiednich krzesełek („na głowę sobie te nogi załóż” – zgromiła mnie matczynym głosem pani z rzędu wyżej, która wcześniej strofowała swego towarzysza za szeleszczenie), początkowe uczucie bolesnego zażenowania ustąpiło rezygnacji i poddaniu się sennym krajobrazom oraz poodrywanym od siebie scenom, porzucanym i odnajdywanym wątkom. Przyznać należy, że bardzo przyjemnie było wodzić oczyma za Wiktorią Wolańską, oryginalną debiutantką w roli Aleksandry Tubilewicz, centralnej postaci filmu i miłosnego trójkąta. „Ten wątek miłosny niepotrzebny” – orzekła pani od szeleszczącego pana, nie bez racji. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że twórcom „Legionów” wydawało się, iż tworzą epicki fresk, bolesny melodramat rzucony na tło wielkiej historii, opowieść o młodości, miłości i wolności czy jakie jeszcze recenzenckie kalki można by podrzucić na tę okoliczność. Najciekawsze jednak jest w tym filmie rozjeżdżanie się obrazów i słów. Słów – tych z wewnątrz i tych z zewnątrz – począwszy od niezliczonej liczby logotypów instytucji, które dołożyły się do produkcji dzieła, skończywszy na doklejonej na koniec szlachetnej klauzuli o wdzięczności dla tych, co „wywalczyli nam niepodległość”. Muzyka też jest jakaś „zewnętrzna”, jakby ją dograno w postprodukcji na szybko, dla podrasowania patriotycznego patosu. To po prostu zła muzyka. A wewnątrz? Dialogi są, co tu kryć, czerstwe i nieporadne, na szczęście bywają długie minuty, kiedy ich nie ma. Ale ktoś tu bardzo ciekawie myślał obrazem, zwłaszcza w scenach batalistycznych. Są długie, męczące, ćwiczące wszelkie możliwe ujęcia i skróty kamery – jakby to był poligon dla operatora i montażysty – lecz ich rozwlekłość odpowiada w pewien sposób temu, o czym są – o trudzie wzajemnego zabijania się. Jakiś rosyjski żołnierz w okopie żegna się prawosławnym sposobem po wielokroć, zanim jego głowa nie zostanie rozwalona polską szablą. Inny desperacko i bohatersko próbuje usunąć wiązkę dynamitu przyczepioną do mostu kolejowego przez dywersantki w służbie Legionów, Olę i Krysię – wybucha i on, i most, i pociąg. Nieważne, jak wspaniale wygląda koń w galopie, jak pięknie siedzi na nim przystojny ułan, na końcu i tak chodzi o krew i flaki. „Wojna to nie kurtuazja, lecz najohydniejsza rzecz w życiu, trzeba to zrozumieć i nie bawić się w wojnę” – pisał Lew Tołstoj, weteran wojny krymskiej. „Legiony” są prostodusznie naiwne w roli złego gliny, nie udają, że chodzi im o coś więcej niż patriotyczną agitkę z love story w tle (ewentualnie na odwrót: patriotyczne love story z agitką w tle) i zarazem nie są w stanie ukryć krwawej istoty tego patriotyzmu. Natomiast im dalej od końcowych napisów „Piłsudskiego” – wracam do dobrego gliny – tym bardziej narastają we mnie frustracja i poczucie jakiegoś oszustwa. Bo pozorując mięso historii i ludzki konkret (wycieńczony udawaniem chorego psychicznie Piłsudski woła kolegów o pomoc w goleniu się i zasypia na trzydzieści godzin), Rosa nakręcił film w gruncie rzeczy banalny i konserwatywny. Historię Piłsudskiego – i tę sprzed Legionów, i tę po 1918 roku – można opowiedzieć na sto różnych sposobów, nie brakuje w niej kontrowersji, zwrotów akcji, napięć, sprzeczności – to prawdziwa gratka dla biografów. Nie chodzi tylko o to, że jest historią od bojownika do tyrana, od więźnia politycznego do twórcy politycznego więzienia, ale choćby o to, że Piłsudski był trochę Kotem w butach polskiej polityki – mistyfikował, powoływał do życia nieistniejące ciała administracyjne, ryzykował, udawał silniejszego, niż był w istocie, porzucał dawnych aliantów, szukał sojuszników z każdej strony, był wojskowym dyletantem, który stworzył wojskową legendę. Można by opowiedzieć o tym, co poświęcał dla sprawy niepodległości: życie ludzkie i idee, wartości społeczne i programy reform. Tutaj zaś dokonuje się cudów męstwa, by w zasadzie nie powiedzieć nic. A zwłaszcza nie powiedzieć „socjalizm”, co jeden zabawny internauta skwitował komentarzem „PPS – Polska Partia Prawa i Sprawiedliwości”, bo w istocie ten skrót chyba ani razu nie jest w filmie rozwinięty. Wszyscy wiemy, że Piłsudski wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość itd., itp., ale tutaj nawet to wysiadanie nie jest za bardzo pokazane, a już na pewno nie kolor tramwaju! Podczas sceny manifestacji na placu Grzybowskim (listopad 1904) bojowcy śpiewają „Warszawiankę”. Tylko że w latach rewolucji 1904–1907 śpiewano nie „Oto dziś dzień krwi i chwały”, ale „Dziś, gdy roboczy lud ginie z głodu / Zbrodnią w rozkoszy tonąć, jak w błocie”, czyli „Warszawiankę 1905”. Nie wiem, czy zamiana pieśni to błąd faktograficzny, czy celowy zabieg, nieważne, choć znamienne. Oba zresztą filmy obchodzą się ostrożniutko z wątkiem klasowym – w „Legionach” jest on tłem melodramatu, bo jeden z bohaterów jest biedny, drugi bogaty, a gdy Ola dyga przed hrabianką, właścicielką pałacu, w którym urządzono lazaret i wyjaśnia „jemy jej chleb” – to nie wiadomo, czy ironizuje (obawiam się, że jednak nie). Nie ma tła społecznego, nie ma problemów ideologicznych, nie ma endecji, która przecież wcale się do zbrojnej walki o niepodległość nie paliła. Cień dylematu pojawia się w „Piłsudskim” na początku – to moment, w którym konspiratorzy skupieni wokół Ziuka decydują się na korzystanie z metod terroru w walce z rosyjskim zaborcą: bomby, zamachy, napady na pociągi. Pojawiają się wątpliwości: tak strzelać do ludzi, w końcu jesteśmy partią polityczną? Jest to jednak dylemat bałamutny i pozorny – bo po pierwsze, przecież teleologia filmu pokazuje, że była to droga słuszna i do wielkiego prowadząca celu, a po drugie, partyjni oponenci Piłsudskiego (to znaczy przyszła PPS-Lewica) przedstawieni są jako postaci wielce antypatyczne, jałowi politykierzy, którym rzeczowy Ziuk przeciwstawia twardą wolę walki o niepodległość. Że niepodległość jest ważniejsza niż równość, niż sprawiedliwość społeczna, niż wyzwolenie robotników – to się rozumie samo przez się, poza kadrem, nic więc dziwnego, że ideom socjalistycznym najdosłowniej odmawia się w tym filmie prawa głosu. Oba filmy mają zaś strasznie oszukańcze trailery – nie dajcie się zwieść, są długie chwile ciszy między zapowiadanymi fajerwerkami. Czasem myślę, zupełnie nieironicznie, że nowe kino patriotyczne powinno właściwie poprzestać na produkcji zwiastunów – dobrze się czuje w dynamicznym montażu, losowych scenach, dramatycznie rzucanych kwestiach i budowaniu patriotycznych teledysków pod amerykańskie szlagiery (pamiętacie jeszcze Lanę Del Rey w zwiastunie „Miasta 44” Jana Komasy? W zwiastunie „Legionów” mamy, a jakże, „Legendary” grupy Welshly Arms i uroczy kawałek angielskiej indie piosenkarki Birdy). To forma krótka jak szarża, to medium patosu i ułańskiej fantazji. Pozwala też na ucieczkę od problemów, których to kino ciągle nie chce lub nie potrafi udźwignąć. „Piłsudski” reż. Michał Rosa premiera: „Legiony” reż. Dariusz Gajewski premiera:

dobry i zły glina